wtorek, 19 września 2017

JFDR - White Sun


Przewodnik




Wstąpiłam w bryłę lodu, w jej kształt i chłód,
jednak żeby zatrzeć pamięć trzeba czegoś więcej. Nie mogę iść
dalej, zanim przebrzmi odgłos wiatru, zawróci w głowie.
Łodyżki, ogonki, półkola, to wszystko pozostaje w środku,
nie wiem, czy mogę je uratować.

Zostają pieszczotliwe piosenki, sznur, który nas łączy
z kosmosem. Wyspiarze tęsknie czekają na słoneczne dni
i wrzucają do szklanek kryształki. Uczę się z uśmiechem
wciągać powietrze i przytakuję świstem z bezdechu.

Może chodzi o krztynę dźwięku, co wydostaje się z obłędu,
kiedy wyplątuję zwiędłe kwiaty z wianków zawieszonych na drzwiach
albo łapię postrzępione kartki, później składam z nich statki.
Litery, wbrew mojej woli, rozpuszczają się i wypływają z wody
jak koła ratunkowe, w ich miejscu stoi nosorożec.

Max Richter - Dream 3 (in the midst of my life)


sobota, 16 września 2017

Obsesje biorą się z niestrudzonego powtarzania pewnych czynności


© Anna Kozłowska-Łuc


Nauka ustaje, praca również. Upał się do nas dobiera, dlatego leżymy i słuchamy. Muzyki lub ciszy. Co mnie właściwie pociesza? Oprócz kawy i czekolady? Sztuka i różne historie, które opowiadają ludzie. Już nie spoglądam na nienawistne komentarze, nie słucham rasistowskich okrzyków, a niech się udławią. Przyglądam się falującemu powietrzu i myślę o spotkaniach z obrazami, z rzeźbami. O Instagramie, który stał się wyjątkowym muzeum i niestety również śmietniskiem, gdzie ścierają się ze sobą rozmaite osobowości. Znakomity sposób na dotarcie w każdy zakątek, gdzie jest zasięg. Na szczęście mogę oglądać to, co chcę.

Zazwyczaj byłam turystką biegającą od muzeum do muzeum, z galerii do galerii. Wyjmowałam z głowy obejrzane ekspozycje i wyróżniałam jeden obraz. Potrafiłam o nim myśleć godzinami. Przypominałam sobie maźnięcia pędzla, jak układa się farba, by później zapisywać w wierszach każdą koleinę, cień i kontrast. Z jednej strony taka obsesja żywi się wszystkimi odcieniami tła i daje ogrom możliwości, jednak dzisiaj jest dzisiaj. Nie potrafię zgłębić wszystkich cyfrowych ścieżek na Instagramie, ale nadal zgłębiam tajemnicę patrzenia na przedmioty, obrazy i rzeźby, które mnie zachwycają. Estetyczny akt, kiedy myśli biegną właściwymi drogami i plączą się w odpowiednim nastroju, spojrzeniu, nie pozwalają usnąć. Tak natknęłam się na figury Anny Kozłowskiej-Łuc. Chociaż na chwilę zniknęła mi z oczu, jej prace na szczęście wciąż tu są. Reszta to kwestia zbyt intymna, by się jej przyglądać.

Miejsce, do którego dotarłam, nie jest efemeryczne, powiedziałabym, że potrzebuję zostać tu na dłużej. Pomiędzy odrębnymi bytami, w kolorystyce ziemi i oceanicznego nieba. Podobno dobra sztuka nie potrafi unieść problemów życia, jednak potrafi je odpowiednio zdystansować. Czy odbiór emocjonalny, myślenie i pisanie o sztuce jest właściwe, kiedy świat, dotknięty wojnami, rozpada się i możliwe, że całe to zagadnienie nikogo oprócz mnie i ciebie nie interesuje? Wszak język jest takim samym narzędziem jak pędzel, nożyk, szpatułka, ręce czy drewniane kości.

Gdy wychodzę z codzienności i przenoszę się w miejsce, gdzie powstała figurka, nieznośny szum świata cichnie. Obserwuję szkice, śledzę inspiracje, zastanawiam się, w jaki dialog mogę wejść z artystką. Z twórczynią wyjątkową. Myślę sobie, że słowa są zbędne, jednak po chwili wracam i staram się uwzględnić całość jako kontekst szerszej historii, tła, które w każdej warstwie da się rozpoznać i opisać. Tu przypominam sobie słowa Magdaleny Abakanowicz: „Po wielu latach materiałem moim stało się to, co miękkie, o skomplikowanej tkance. Odczuwam w tym bliskość i pokrewieństwo z tym światem, którego nie chcę poznać inaczej, jak dotykając, odczuwając i łącząc z tą częścią mojego, noszoną najgłębiej. [...] Między mną a materiałem, z którego tworzę, nie ma pośrednictwa narzędzia. Wybieram go rękami. Rękami kształtuję. Ręce przekazują mu moją energię. Tłumacząc zamysł na kształt, zawsze przekażą one coś, co wymyka się konceptualizacji. Ujawnią nieuświadomione”[1]

Zakładam, że to właśnie ręce i materiał, z których Anna lepi ludzi o niezwykłych kształtach, akcentując ich walory, usposobienie, przynależność do grupy bądź indywidualne cechy nanoszone głębiej, pobudzają nas, by tej skomplikowanej tkance rzeźb nadać odpowiednie światło, które tli się w wyobraźni. Wypuszczone nieuświadomione, łączy ze sobą materiał i koncept, układa według klucza, do którego spróbuję kiedyś dotrzeć. Artyści bardzo często w rozmowach ze mną podpierają się dyscypliną jako tym niewidocznym spektrum, które w sobie przekraczają. Czyli wychodzenie z ramy, wychodzenie z siebie, zamykanie się w pracowni i tworzenie. Przekraczanie obowiązujących norm, wręcz uciekanie od nich. Anna wyraźnie tworzy własne modele i trendy na wielu płaszczyznach.

Przyglądam się obrazom, zwierzętom. Jak podkreśla ich mięśnie, miękko nadaje kształty, wygładza bądź wyostrza fakturę. Konsekwencja, z jaką tworzy, bardzo mi imponuje. Nie przypuszczałam, że stanie się dla mnie kształtną wizją mnie samej. Bo tak, patrzę na figury i widzę siebie. Dotykam piersi, brzucha, umięśnionych łydek i nie czuję się obco. Doświadczam jej języka, tekstu, który pomiędzy nami powstaje, i wydaje się, że artystka ma nade mną władzę. Przyglądam się twarzom, materii, która uwypukla wady. Wyglądają uroczo i zakochuję się w nich jak nastolatka. Przestrzeń. Powiązanie z naturą, że aż chcesz wejść i zobaczyć, co się kryje za plecami. Następuje moment emocji, kiedy to, co powstaje z gliny, staje się wyrazem publicznej estetyki albo jej braku. Nieustające studium człowieka. Kobiety i mężczyzny. Akcentowanie seksualności, ale w taki sposób, by przepaść bez reszty w kobiecych czy męskich oczach. Eteryczne albo masywne twarze. Silne nogi. Zwierzęta poddające się jeźdźcom. Pomarszczona skóra zastępująca ludzką.

Anna Kozłowska-Łuc jest mistrzynią w rozkładaniu emocji, czuć w jej pracach zapatrzenie w człowieka, zwierzęta, w przyrodę. Wciąż zaglądam na Instagram i ładuję więcej zdjęć. I więcej. 



Wiatraki


Deszcz o każdej porze roku. W nocy podpływa rzeka, 
w dzień nie mieścimy się pod mostem. Świeże powietrze, 
twarde wiosła. Dłonie. Czerwone, opuchnięte.
Cały dramatyzm, kogo można ścierpieć, kogo nie. O świcie
słychać tylko ptaki i mleczne krowy.

Zapominam, co i komu. Pomijam chwile, w których utknęłam.
Chociaż uważnie usuwam ciernie. Wiem, że kiedyś
przywrócę tym miejscom równowagę. 
Po równo - spokój i spokój.

Kiedyś te wszystkie miasta runą. Nabiorą znaczeń alabastrowe
podejścia. Ukryte rzeźbienia bram, przejść i wyjść.
Powielane na papierze odpowiednią grubością czcionki, kresek.
Zostaniemy łowczyniami w mieście zbudowanym z ulotnych
wrażeń. Z kaprysów. Będziesz barwić nowe mury
chłodnymi szarościami. Coraz mniej schodów, wąwozów.
W oddali kręcą się lub nie.






© Anna Kozłowska-Łuc



[1] Małgorzata Kitowska-Łysiak, Magdalena Abakanowicz, „Culture”; http://culture.pl/pl/tworca/magdalena-abakanowicz; [dostęp: 2017-06-29].

Tekst ukaże się w 21 numerze eleWatora

czwartek, 14 września 2017

Wąwozy porośnięte trawą




Zima. Stoimy przed zdjęciem. Wdychamy i wydychamy
nieskrępowane wspomnienia. Narażamy się klaunom
albo lgną do nas matki łykające leki na bezsenność.

Odmówię kilka wierszy.
Wymaluję czerwone kwiaty.

Stosy gazet. Ogniwa. Moczone w indyjskiej herbacie.
Łańcuch pleciony czyimś losem, błysk w oczach. A może chodziło
o nostalgię. Klamki umazane pianką do golenia. Późniejsze
krzyki. Łódź, którą zapamiętałaś z morskiej podróży. Była długa,
jakby z dwóch krańców, dwóch krain. Coś w tym wszystkim

się nie zgadza, oprócz moich tatuaży i powolnych ruchów
płochliwych kotów. Ich ciemne kontury rozmywają się,
kiedy nie jestem w stanie myśleć. Narażam życie.
Z jakiegoś powodu ludzie proszą abym śpiewała im do snu,
kołysała ich dzieci, opowiadała bajki. Najchętniej o szczęściu.


środa, 13 września 2017

Kontrast




Miałam mnóstwo planów, ale czas kurczył się zbyt szybko. Dlatego wybaczcie, że się nie odzywałam.

Lotnisko w Katowicach po ludzku zakorkowane. W Dublinie przejście przez punkt kontrolny dokumentów, to ponad trzydzieści minut dreptania stopa za stopą. Człowiek wraca ze spotkania z bliskimi, zasypia w locie i budzi się w słoneczną środę. Kochani dziękuję, wieczorem przypomnę sobie smak sobotniej imprezy.
 
 
 

wtorek, 5 września 2017

Od siebie



Nie lubię jeździć do Capital City, ale czasami muszę. Nie potrafię w tłumie sprawnie podejmować decyzji. Powąchałam perfumy Toma Forda White Patchouli, obejrzałam torebki, buty. Zdecydowanie wyrosłam z tego miasta. Uśmiechnięci ludzie spacerują, przechodzą niedzielę. Kiedy już mijamy bramkę na autostradzie i widzę ciągnące się brunatne torfowiska, czuję ulgę. Znajomy punkt na horyzoncie. W domu, zapach miodu i ulubionej kawy.

A Perfect Circle - Judith


poniedziałek, 4 września 2017

Kiedyś spróbuję

Katarzyna Tchórz


Zła się nie ulęknę. Natłok myśli,
opróżnione filiżanki, dopełnione tym, co nie pozwoli
zasnąć. Pewność, że szukanie oznacza znalezienie.
Nie tylko gra może wytrącić z równowagi.

Denerwujące loczki coraz częściej nie pasują do sukienki.
Ktoś nieprzygotowany umiera, potem odradza się po kilku łykach
grzanego wina. Inny podaje kubek z granatowym uchwytem.
Chociaż nie mogą mówić, trwają w bezruchu.

Mnóstwo w nich nierozpoznanego piękna,
odwróconej perspektywy. Przewrotnych pojęć.
Przychodzę prosto pod mur, bo tam usypiają ptaki.
Wolne budzą się i szybują, lądują zawsze z tej samej strony.

Mogłabym określać czas, gdyby nie chmury, poranne tęcze.
Leniwe koty uchodzą z życiem, psy z drobnymi śladami krwi
liżą rany. W tym samym miejscu, z którego nie mam odwagi
odejść. Żeby wrócić.

Z tomu Pierwsze wspomnienie wielkiego głodu




niedziela, 3 września 2017

Na piętnastej stronie W drodze Kerouaca znalazłam wizytówkę studia tatuażu – Purple Ink


Mullaghmore

Musiałam spojrzeć pod światło, na wzór musztardowych,
lnianych zasłon. Piliśmy równo, jednak pierwsza
rozglądałam się za poduszką i miejscem, gdzie mogłabym
odpocząć. Przy ulicy tliła się jedna lampa. Nie wiem,
czy w ciepłą i jasną noc była konieczna.

Dzieci płynnie przechodzą z angielskiego na polski, kiedy
nie chcą, by ktoś je rozumiał, zanoszą się śmiechem.
Mogę tak leżeć i słuchać, jak się wygłupiają. I dźwięcznie
szeleszczą. Kończą dzień. W dolinie kilka bocznych dróg
zaczyna się w barach, gdzie ojcowie opowiadają
dowcipy. Później wracają, miękko uginają kolana, wokół
hałasuje wiatr.

Ciemne kontury przejeżdżających. Pewnego dnia
ktoś się zatrzyma i wysiądzie. Minie torfowisko,
zapłaci dzieciakom za lemoniadę. W tej samej chwili
poczujesz ukłucie. I kolejne, kolejne. Tusz rozejdzie
się pod skórą. Mdłości od powtarzanych ruchów,
przebijania. Nikt z nas nie tęskni za śmiercią, a jednak
myśl czasami wraca. Jazz i rajski widok na pola.

Fioletowe niebo wylewające się za wzgórza.
Owce przeżuwające trawę, zaparowane okna.
Kiedyś powiesz, że to najlepsze zdjęcie zachodu
słońca. Zaproszę cię do środka. Kilka razy.